Ten wyjazd miał się niczym specjalnym nie wyróżniać. Jak każde wydarzenie wywracające życie do góry nogami nadszedł jak grom z jasnego nieba. A raczej jak zefirek, co nieoczekiwanie został huraganem, cyklonem i co kto tam chce by dopełnić obrazu nieszczęścia. Gdybym kiedykolwiek przypuszczała, gdybym wyśniła.. Nie, nie uwierzyłabym a jak uwierzyłam było za późno.
Mieliśmy odebrać nagrodę od samego Prezydenta, nie Polski dodam, ale wiedziałam ile znaczy PiJar i te pieprzenie o otwarciu. Oczekiwaliśmy paru oficjalnych fotek i niczego więcej, bo co u licha się mogło stać? Rzecz jasna potem zamierzałam pokazać wszystkim zdjęcia, ale nie przewidywałam niczego ponad. Plan wydawał się prosty i jasny. Najpierw uroczyste przemówienia, kurtuazyjne pogadanki a potem bankiet dla ważnych i bogatych. My zostaliśmy zaproszeni, bo zostaliśmy wyróżnieni i dlatego fuksem dostaniemy miejscówkę na przyjęciu. Wówczas naprawdę mnie cieszyła podobna perspektywa, bo nigdy nie byłam na wielkiej gali, zaś ze zwykłej ciekawości chciałam takową zobaczyć. Potem rzecz jasna planowałam zdać dokładną i rzeczową relację koleżankom ze wszystkiego co widziałam, toteż musiałam mieć oczy i uszy szeroko otwarte.
Prócz nas nagrodę odbiorą najbardziej zasłużeni ludzie kultury i sztuki, tak przynajmniej wynikało z przesłanej nam broszurki. Reprezentowaliśmy naukę, do tego międzynarodową współpracę, co zawsze dobrze wygląda we wszelkich wnioskach i wszelkich prezentacjach. Nasz hit stanowiło tak zwane pojednanie i zjednoczenie Wschodu i Zachodu i tym podobne świetnie brzmiące hasełka, które tylko dureń mógł uznać za prawdę. Zadziwiające jak daleko zaszliśmy z tymi tekstami, chociaż zdaniem kolegów miałam gadane i powinnam się była doceniać.
Miałam niezły ubaw wymyślając na potrzeby wniosku tekstu o „złączeniu narodów podzielonych historią” czy „wychodzenie poza standardowe granice i szukanie nowych pól współpracy i jej poziomów” i inne. Nie potrzebowałam nawet niczego pić, bowiem umiałam na trzeźwo bredzić w ten deseń. Zostaliśmy wyróżnieni tylko dlatego, że bliskie i owocne kontakty uniwersytetów z Moskwy, Warszawy, Poznania i Berlina ładnie pasowały do tezy o „otwarciu na Zachód”, forsowanej przez aktualną ekipę Kremla. Ja nie miałam co wątpliwości, że całe te otwarcie to pic na wodę fotomontaż. Inni rzecz jasna wierzyli w bajeczki, ale naiwniaków zawsze łaskawa ziemia nosiła. Ja nie wierzyłam w uśmiechy, uściski dłoni i resztę. Ale media i odbiorcy ichniej papki kupili by każdą bzdurę, więc czemu nie tak zwaną demokratyzację?
Oczywiście chyba nikt rozsądny nie wierzy w nagłą demokratyzację Rosji z okazji tego czy innego prezydenta. Oficjalnego następny swego poprzednika, namaszczonego i praktycznie koronowanego na cara w tak zwanych „demokratycznych wyborach”. Poszło o słabnące sondaże i jakieś inne sprawy wymagające drobnej zmiany. Plotki też mówiły, że poprzednik po prostu nie miał sił, więc dopuścił do tortu młodszego kolegę, rzecz jasna sterując z tyłu, oczywiście dbając o odpowiednie jego przysposobienie. Zadziwiające ile razy świat kupował ten sam kit.
Niech piekło pochłonie baleriny, ich twórców i durniów wprowadzających modę na te narzędzia tortur! – myślałam. Wówczas one stanowiły mój największy problem. Pusty śmiech mnie ogarnia na wspomnienie mojej ówczesnej niefrasobliwości. Faktycznie nie miałam wówczas zmartwień, za co całe życie przede mną. Każdy dzień witałam z uśmiechem, widziałam szanse i naprawdę je miałam…- tak mogę tak wymieniać w swej sesji samo użalania się, ale nie w czym rzecz. Niczego nie osiągnę zadręczają umysł wspomnieniem straconych szans.
No więc mieliśmy odebrać ową nagrodę. Jakiś tam dyplom, do powieszenia sobie na ścianę, obok fotki z Prezydentem. Coś czym się można pochwalić studentom i szpanować koleżankom. Planowałam zawiesić zdjęcie nad komputerem, co by w wolnej chwili i chwili załamania przypomnieć sobie triumf. Dziewczyny zzielenieją z zazdrości. Kiedyś rozmawiałyśmy na temat najprzystojniejszych polityków (bo je polityka interesuje w tym aspekcie): jedna osoba jednogłośnie wygrała w głosowaniu: czyli on. Osoba na samą myśl o której aż mnie wszystko boli, zaś Alkiem wstrząsają drgawki. O Boże jak ja niewiele rozumiałam i niewiele przewidziałam.
Prócz mnie z Polski wyleciał Alek, Sara, Marek oraz Błażej. Jednogłośnie ustalili, że jako „najbardziej reprezentacyjna” mam odbierać nagrodę. Ja wiedziałam o co im chodziło, nawet wówczas miałam dość zdolności przewidywania. Chłopakom się nie chciało ubierać we frak, ani nawet garnitur. Jako rasowi naukowcy nie cierpieli formalnych strojów, nienawidzili ich. Alek zawsze kombinował co i jak sobie załatwić. Ale on już co chciał to miał, a we fraku nie zamierzał paradować. On był od wyższych celów i zadań. A poza tym „niech się baba uśmiecha”. Sara też, z zasady nosi wyłącznie dżinsy i koszule. Na specjalną okazję zakłada materiałowe spodnie i koszule w delikatną kratkę. Nie, nie wypadnie dobrze na fotce. „Ty Margot wyjdziesz lepiej! Lubisz się elegancko ubierać i powinnaś iść”- zawyrokowali.
Nie miałam nic do gadania. Musiałam się zgodzić. Sara burknęła, że ona musi pracować bo ma wiele pracy i boss ją wyrzuci jak nie skończy pisać skryptu. Zresztą zdaniem chłopaków lepiej by szła dziewczyna, „nieźle wyglądasz”. Nasi rosyjscy współpracownicy, Borys i Iwan, bardziej interesowali się bankietem i popijawą niż oficjalnymi sprawami.
Nieczęsto mogli pić równie drogie drinki. Zamierzali zająć najlepsze miejsca przy szwedzkim stole, by mieć łatwy dostęp do dań i alkoholi. Sarę interesowała wtyczka, by netbooka podłączyć do prądu. Jedzenie i picie mało ją interesowało, zresztą gustowała w nieco innych potrawach. No i denerwowała się ostatnim e-mailem od szefa, który znowu miał pretensje do najmniej winnej osoby.
- Po co jeść, po co pić, skoro można pisać skrypt? – kpiłam w samolocie.
Mieliśmy odebrać nagrodę od samego Prezydenta, nie Polski dodam, ale wiedziałam ile znaczy PiJar i te pieprzenie o otwarciu. Oczekiwaliśmy paru oficjalnych fotek i niczego więcej, bo co u licha się mogło stać? Rzecz jasna potem zamierzałam pokazać wszystkim zdjęcia, ale nie przewidywałam niczego ponad. Plan wydawał się prosty i jasny. Najpierw uroczyste przemówienia, kurtuazyjne pogadanki a potem bankiet dla ważnych i bogatych. My zostaliśmy zaproszeni, bo zostaliśmy wyróżnieni i dlatego fuksem dostaniemy miejscówkę na przyjęciu. Wówczas naprawdę mnie cieszyła podobna perspektywa, bo nigdy nie byłam na wielkiej gali, zaś ze zwykłej ciekawości chciałam takową zobaczyć. Potem rzecz jasna planowałam zdać dokładną i rzeczową relację koleżankom ze wszystkiego co widziałam, toteż musiałam mieć oczy i uszy szeroko otwarte.
Prócz nas nagrodę odbiorą najbardziej zasłużeni ludzie kultury i sztuki, tak przynajmniej wynikało z przesłanej nam broszurki. Reprezentowaliśmy naukę, do tego międzynarodową współpracę, co zawsze dobrze wygląda we wszelkich wnioskach i wszelkich prezentacjach. Nasz hit stanowiło tak zwane pojednanie i zjednoczenie Wschodu i Zachodu i tym podobne świetnie brzmiące hasełka, które tylko dureń mógł uznać za prawdę. Zadziwiające jak daleko zaszliśmy z tymi tekstami, chociaż zdaniem kolegów miałam gadane i powinnam się była doceniać.
Miałam niezły ubaw wymyślając na potrzeby wniosku tekstu o „złączeniu narodów podzielonych historią” czy „wychodzenie poza standardowe granice i szukanie nowych pól współpracy i jej poziomów” i inne. Nie potrzebowałam nawet niczego pić, bowiem umiałam na trzeźwo bredzić w ten deseń. Zostaliśmy wyróżnieni tylko dlatego, że bliskie i owocne kontakty uniwersytetów z Moskwy, Warszawy, Poznania i Berlina ładnie pasowały do tezy o „otwarciu na Zachód”, forsowanej przez aktualną ekipę Kremla. Ja nie miałam co wątpliwości, że całe te otwarcie to pic na wodę fotomontaż. Inni rzecz jasna wierzyli w bajeczki, ale naiwniaków zawsze łaskawa ziemia nosiła. Ja nie wierzyłam w uśmiechy, uściski dłoni i resztę. Ale media i odbiorcy ichniej papki kupili by każdą bzdurę, więc czemu nie tak zwaną demokratyzację?
Oczywiście chyba nikt rozsądny nie wierzy w nagłą demokratyzację Rosji z okazji tego czy innego prezydenta. Oficjalnego następny swego poprzednika, namaszczonego i praktycznie koronowanego na cara w tak zwanych „demokratycznych wyborach”. Poszło o słabnące sondaże i jakieś inne sprawy wymagające drobnej zmiany. Plotki też mówiły, że poprzednik po prostu nie miał sił, więc dopuścił do tortu młodszego kolegę, rzecz jasna sterując z tyłu, oczywiście dbając o odpowiednie jego przysposobienie. Zadziwiające ile razy świat kupował ten sam kit.
Niech piekło pochłonie baleriny, ich twórców i durniów wprowadzających modę na te narzędzia tortur! – myślałam. Wówczas one stanowiły mój największy problem. Pusty śmiech mnie ogarnia na wspomnienie mojej ówczesnej niefrasobliwości. Faktycznie nie miałam wówczas zmartwień, za co całe życie przede mną. Każdy dzień witałam z uśmiechem, widziałam szanse i naprawdę je miałam…- tak mogę tak wymieniać w swej sesji samo użalania się, ale nie w czym rzecz. Niczego nie osiągnę zadręczają umysł wspomnieniem straconych szans.
No więc mieliśmy odebrać ową nagrodę. Jakiś tam dyplom, do powieszenia sobie na ścianę, obok fotki z Prezydentem. Coś czym się można pochwalić studentom i szpanować koleżankom. Planowałam zawiesić zdjęcie nad komputerem, co by w wolnej chwili i chwili załamania przypomnieć sobie triumf. Dziewczyny zzielenieją z zazdrości. Kiedyś rozmawiałyśmy na temat najprzystojniejszych polityków (bo je polityka interesuje w tym aspekcie): jedna osoba jednogłośnie wygrała w głosowaniu: czyli on. Osoba na samą myśl o której aż mnie wszystko boli, zaś Alkiem wstrząsają drgawki. O Boże jak ja niewiele rozumiałam i niewiele przewidziałam.
Prócz mnie z Polski wyleciał Alek, Sara, Marek oraz Błażej. Jednogłośnie ustalili, że jako „najbardziej reprezentacyjna” mam odbierać nagrodę. Ja wiedziałam o co im chodziło, nawet wówczas miałam dość zdolności przewidywania. Chłopakom się nie chciało ubierać we frak, ani nawet garnitur. Jako rasowi naukowcy nie cierpieli formalnych strojów, nienawidzili ich. Alek zawsze kombinował co i jak sobie załatwić. Ale on już co chciał to miał, a we fraku nie zamierzał paradować. On był od wyższych celów i zadań. A poza tym „niech się baba uśmiecha”. Sara też, z zasady nosi wyłącznie dżinsy i koszule. Na specjalną okazję zakłada materiałowe spodnie i koszule w delikatną kratkę. Nie, nie wypadnie dobrze na fotce. „Ty Margot wyjdziesz lepiej! Lubisz się elegancko ubierać i powinnaś iść”- zawyrokowali.
Nie miałam nic do gadania. Musiałam się zgodzić. Sara burknęła, że ona musi pracować bo ma wiele pracy i boss ją wyrzuci jak nie skończy pisać skryptu. Zresztą zdaniem chłopaków lepiej by szła dziewczyna, „nieźle wyglądasz”. Nasi rosyjscy współpracownicy, Borys i Iwan, bardziej interesowali się bankietem i popijawą niż oficjalnymi sprawami.
Nieczęsto mogli pić równie drogie drinki. Zamierzali zająć najlepsze miejsca przy szwedzkim stole, by mieć łatwy dostęp do dań i alkoholi. Sarę interesowała wtyczka, by netbooka podłączyć do prądu. Jedzenie i picie mało ją interesowało, zresztą gustowała w nieco innych potrawach. No i denerwowała się ostatnim e-mailem od szefa, który znowu miał pretensje do najmniej winnej osoby.
- Po co jeść, po co pić, skoro można pisać skrypt? – kpiłam w samolocie.
- Ja mam dużo pracy i boss na mnie polega. Więc nie przeszkadzaj mi.
Pożytku z niej żadnego w towarzyskim sensie i tylko marudzi. Ale nie chciałam być jedyną dziewczyną, więc wolę Sarę niż nikogo. Nie mieliśmy czasu zwiedzać Moskwy nad czym bolałam. Nie ciągnęło mnie nigdy do Rosji, ale kochałam odwiedzania i podziwianie nowych miejsc. Nie miałam pojęcia jak przyjdzie mi znienawidzić to miasto. Sary nawet nie wyciągnęłam do hotelowego baru, bo, tak zgadliście, musiała pracować. Cud, że ją na bankiet wyrwałam, może miała dość marudzenia? Metoda nalotu dywanowego zawsze działa i na każdego. Kwestia cierpliwości.
Zdjęcie z Prezydentem, Boże jak mnie to wówczas pociągało i zajmowało myśli! Ależ byłam podniecona i zdenerwowana, naprawdę czułam, że to jest coś. Długo biegałam po sklepach poszukując odpowiedniej kreacji. Rzecz jasna nie sama, ale z koleżankami, nie mniej podnieconymi niż ja. Znalazłam odpowiednie cacko dopiero po dłuższych bojach. Wybrałam sięgającą lekko za kolana, prostą czarną sukienkę z małymi rękawkami. Mała czarna zawsze pasuje, jak człowiek nie wie co wybrać. A ja nie wiedziałam co założyć. Koleżanki miały niezłe pomysły, ale nie wyskoczę na oficjalnej gali w kiecce bez pleców! Mała czarna plus baleriny powinny być dobre. Uwielbiam koronkowe rękawy, mają w sobie jakąś magię i zwiewność, nie są sztywne i nazbyt poważna. Rzecz jasna na część oficjalną kupiłam jedwabny szal w Arytonie, a co tam raz jeden taka okazja, by nie wyglądać zbyt frywolnie. Aby nie wyglądać w czarnej sukience zbyt ponuro pożyczyłam od mamy naszyjnik z pereł słusznej wielkości. Zwykle preferuję sztuczną biżuterię, ale nie mogę założyć szkiełek na taką galę. Perły, dyskretne diamentowe kolczyki i wszystko w najlepszym porządku. Lubiłam klasyczną i dyskretną elegancję, bez przesadnego podkreślania czegokolwiek. Ciemnoblond, sięgające do ramion włosy lekko ułożyłam na szczotce do modelowania. Miały być podniesione i ładnie ułożone, ale nie lubiłam nigdy nadmiernie odstających do głowy baków a’la owca. Jeszcze tylko makijaż i mogłam iść. Chyba nie powinien być zbyt ostry, niby potem mamy bankiet, ale przecież najpierw oficjalne spotkanie. Nie, nie mogła wyglądać wulgarnie. Tak. Powinnam tylko lekko pomalować oczy, jakiś podkład i idziemy. Ala by mi doradziła, ale Ali tutaj nie ma. A Sara wie tyle o malowaniu się co ja o chińskim balecie. Zdana na siebie dokończyłam przygotowania.
Naprawdę się sobie podobałam stojąc przed lustrem. Gorset i majtki wyszczuplające czynią cuda. Wyglądam o wiele zwiewniej i zgrabniej niż w rzeczywistości. Cóż, może zatem nie będę na bankiecie wyłącznie podpierać ścian? Oczywiście Sara powiedziała, że nie ma znaczenia jak wyglądam i żebym się przestała mizdrzyć. Miałam wyglądać poważnie i jak naukowiec a nie malowana kukła. Ona, wedle własnego zdania, wyglądała właściwie. Nie zwracała uwagi na wygląd, nie używała perfum (na tę okazję zabrałam mamie Diora) i nie nosiła sukienek. Niech by sama szła! Przynajmniej nie musiałaby zakładać tych cholernych balerinek i chodzić na ugiętych nogach. Pech chce, że urosłam wysoka i mam 174 centymetry wzrostu, czyli jestem, wyższa od osoby mającej wręczać nagrodę. Zostałam pouczona by założyć płaskie buty i iść na ugiętych nogach i lekko się zgarbić. Cudownie, cudownie, nie ważne, że w szpilkach bym wyglądała sto razy lepiej. U nas nie ma takich durnot, chociaż mam zastrzeżenia do polskiej polityki. Jak ktoś jest wyższy niż głowa państwa nie musi od razu krzywić sobie kręgosłupa. Ale co tam, czego się nie zrobi dla dotacji rządowych na projekt. „Mam tylko przykuśtykać parę metrów, uśmiechnąć się do fotki i tyle. Potem rozprostuję kości”- tak mi się wydawało.
Na samą galę nie mogliśmy za wiele wnieść. Chodziło o jakieś względy bezpieczeństwa, czy coś takiego. Nie wiem. Dość, że nawet torebki nam sprawdzali, czy aby nie mamy niczego więcej niż szminka i tusz do rzęs. Tak na wszelki wypadek, jakby coś mi się rozmazało. To plus tabletki od bólu głowy, na zasadzie, że nigdy nic nie wiadomo. Zresztą wszystko mogłam dać Sarze, która spróbuje wejść z czym się da, byle pracować. Chłopaki jak się popiją gotowi zniszczyć wyróżnienie, a ona nie tknie alkoholu. Z przyczyn ideologicznych będzie piła soczek, no i rzecz jasna pracowała. To dobra dziewczyna, chociaż nieraz denerwująca.
Przede mną wyróżnienia odbierała jakaś pisarka oraz inni, nieznani mi ludzie. Staliśmy w kolejce, zaś obok stał jakiś facet we fraku mówiący kiedy kto ma iść. Zwykle wytypowany szczęśliwiec witał się z Prezydentem, wymienił dwa kurtuazyjne zdania i miał zdjęcie na pamiątkę. Potem szedł kolejny i kolejny. Jeśli kobieta była zbyt wysoka, jak ja, musiała zgiąć nogi w kolanach, zaś ów facet mówił co i jak.
Jaki pierwszy ruszył jakiś jegomość w średnim wieku. Bardzo sympatryczny człowiek, co rusz bawiący nas żartami. Aż szkoda gdy poszedł, bo naprawdę go polubiłam. Postanowiłam go wychaczyć na bankiecie, porozmawiać. Miał coś w sobie, oj miał. Przede mną stała jakaś kobieta w średnim wieku, tęga i o mało sympatycznym wyrazie twarzy. Nie wiem za co dokładnie została wyróżniona, ale nie sprawiała wrażenie poruszonej, ni zdenerwowanej. Spokojnie i bez nerwów szła w kierunku Prezydenta. Ich spotkanie trwało nadzwyczaj krótko. Ewidentnie tych dwoje, delikatnie mówiąc, nie przepadało za sobą. Nawet nie zamienili kilku kurtuazyjnych zdań. Możecie sobie wyobrazić moje zdenerwowanie. Nie czułam się komfortowo idąc w kierunku osoby wyraźnie wściekłej. Ale co zrobić, muszę wziąć się w garść. „Czas na przedstawienie”- pomyślałam.